poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Boże, Amy, zmienień dilera! - 10

Po obejdzie Harry i Viki zaoferowali się do zmywania naczyń. Nie musieli wiedzieć, że mamy w domu zmywarkę, więc niech się trochę pomęczą. Stałam tak i przyglądałam im się uważnie. W końcu nie wytrzymałam i wybuchnęłam śmiechem.
- Coś nie tak?
- Nie, skądże. - Podeszłam do szafki i ją otworzyłam ukazując im zmywarkę.
-Ty...! - syknął Harry i przerzucił mnie przez ramię. Co mnie jeszcze bardziej rozbawiło. - Boże, Amy, zmienień dilera! - zaśmiał się Loczek.
-Więc gdzie idziemy?
- Em... na 'sofę tortur'- powiedziawszy to rzucił mnie na sofę i zaczął łaskotać.
- Harry debilu! Nici z twoich tortur.
- Wcale, że nie?
- A właśnie, że tak.  - odparłam. - Nie. mam. łaskotek.- wymówiłam każdy wyraz wyraźnie i z dostatecznie długą przerwą między nimi.
- Hmm... - udając minę myśliciela usiadł na kanapie i zaczął obmyślać kolejny plan. Oparł głowę na dwóch palcach prawej ręki, ściągając usta i przybierając tym samym pozę filozofa. A jako, że do mądrych nie należał, tak i ta rola mu nie pasowała, więc po raz kolejny wybuchnęłam śmiechem. Obrzucił mnie jadowitym spojrzeniem.
- Już się tak nie wysilaj z tym myśleniem, bo się spocisz. - zaśmiałam się, stając za nim i poklepując go po główce. Następnie wróciłam do kuchni do Viki, która przyglądała mi się uważnie.
- Co? - zapytałam.
- Nie, nic. - odpowiedziała z uśmiechem. Dobra, nie to nie, nie będę naciskać.

Nasza "słitaaaśna" parka rzeczywiście się o trzeciej zgarnęła. Nie wyganiałam ich ani nic, żeby nie było. Bez przesady, nie jestem aż taka. Kędzierzawy nie wymyślił jak się na mnie zemścić. To oznacza, że albo zapomni, albo będzie myślał nad tym do... kiedyś tam. Kiedyś chyba mnie jeszcze spotka. Ale za bardziej prawdopodobną w przypadku tego debila uznałam wersję pierwszą.

Poszłam na górę do swojego pokoju. Rzuciłam się z laptopem na łóżko. Sprawdziłam pocztę i jakieś tam portale. Po stwierdzeniu, że nic ciekawego już tu nie znajdę, zamknęłam sprzęt, odkładając go na miejsce.

Poszłam do kuchni. Sięgnęłam czystą szklankę, a następnie wyjęłam pomarańczowy sok z lodówki, chwilę później napełniając nim naczynie.  Zdążyłam upić tylko jeden łyk, ponieważ rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Ostawiłam szklankę na blat i ruszyłam otworzyć. Louis.
- Heeej! - przeciągnął na powitanie z wesołym uśmiechem.
- Heeej - przedrzeźniłam go, na co uśmiechnął się jeszcze szerzej. Jeśli to w ogóle było możliwe. - Wejdź - przepuściłam go do środka. Wskazałam salon, do którego chwilę później się udaliśmy.
- Napijesz się czegoś? - spytałam. Wypadało być uprzejmą.
- Nie... dzięki. - odparł, po raz kolejny rzucając mi uśmiech.
- No to, że tak spytam... Czemu dzwoniłeś i czemu to nie była sprawa na telefon? Co się stało? - spytałam prosto z mostu.
- Spokojnie, nic poważnego. - uśmiechnął się. Ponownie.
- To czemu tak ci zależało na osobistym spotkaniu?
- Bo przez telefon nie mógłbym zrobić tego... - rzucił tajemniczo, po czym uważnie mnie obserwując zaczął się niebezpiecznie zbliżać. Jednak on nieoczekiwanie objął mnie ramionami i po prostu mnie mocno uściskał jak pluszowego miśka.
- Oni mi ukradli mi marchewki! - zaczął płakać. Wytrzeszczyłam ze zdziwienia oczy.
- Słucham? - spytałam słabo.
- Ukradli mi moją największą miłość. Moje marchewki mi zakosili! - pożalił się. Odsunęłam go od siebie na wysokość ramion. Przyjrzałam mu się z podejrzeniem, że coś ćpał. Jednak jego oczy były normalne i ogólnie nie zauważyłam nic, co by na to wskazywało.
- Dzwonisz do zupełnie obcej dziewczyny i prosisz o spotkanie z nią, tylko i wyłącznie po to, żeby się do niej przytulić i pożalić, że ktoś ci zjadł jakieś tam marchewki?! - chciałam się upewnić.
- Em... no... tak. - odparł szczerze i na jego twarzy znów zagościł szeroki uśmiech. Zaczęłam się głośno śmiać. Cała ta sytuacja wydała mi się tak komiczna! Louis w pierwszej chwili się zdziwił moją reakcją, jednak po krótkim czasie dołączył do mojego rechotu. Którego oboje nie potrafiliśmy opanować.
- Boże, Amy, zmień dilera! - wykrzyknął wciąż się śmiejąc. Dostałam jeszcze większego "napadu"
- A wiesz, że już to dzisiaj usłyszałam?
- A widzisz... - westchnął. - Widocznie rzeczywiście powinnaś tak zrobić...
- Możliwe - ponownie zachichotałam. Do naszych uszu dobiegł odgłos otwieranych drzwi. Wstałam sprawdzić kto to. Mama.
-Dzień dobry. - przywitała się dość dziwnie. Trochę to zabrzmiało zbyt oficjalnie i zastanawiałam się o co jej chodzi.
- Dzień dobry - zabrzmiało tuż nad moją głową. Louis stał tuz za mną. Mama spojrzała na mnie pytająco.
- Mamo to jest Louis. Louis to jest mama.
- Miło mi panią poznać. - chłopak grzecznie do niej zagadał.
- Mi ciebie również. Amy nie...
- Tak właściwie - przerwałam jej. - to my się mieliśmy właśnie zbierać, prawda Lou? - posłałam mu znaczące spojrzenie. Chyba mniej więcej zrozumiał.
- Tak, tak.
- Aha... - westchnęła rodzicielka. - W takim wypadku nie będę wam przeszkadzać. Bawcie się dobrze. - powiedziała jeszcze zanim zamknęliśmy za sobą drzwi. Przeszliśmy w ciszy mały kawałek i dopiero po chwili zabrałam głos.
- Chciałam uniknąć zbędnych pytań mamy. - wyjaśniłam bez ogródek.
- Rozumiem. To... gdzie idziemy? - spytał.
- Mam pewien pomysł... - uśmiechnęłam się chytrze. - No chyba, że się boisz? - spojrzałam wyzywająco. Teatralnie rozejrzał się wokół siebie sprawdzając czy nie ma tam nikogo.
- Ja? No coś ty... Co to za pomysł?











Przepraszam bardzo, że tak długo musieliście czekać na ten rozdział...

Mam nadzieję, że przynajmniej w połowie sprostałam waszym oczekiwaniom co do rozdziału i mnie. Piszcie szczerze jak się spodobało ;)


5 komentarzy:

  1. hej :) chciałabym poprosić cię o opinię na temat mojego bloga, bardzo cenię sobie każdą opinię, więc zależy mi na twoim zdaniu
    closedindreams.blogspot.com
    jeśli się spodoba - zapraszam do obserwowania :)
    kiedy dojdę do 100 obserwatorów - zorganizuję konkurs, który z pewnością wam się spodoba :)
    oczywiście możesz liczyć na to, że się odwdzięczę,
    z góry dzięki i przepraszam za spam, jeśli ci to przeszkadza :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow no ! Amy ! Wiesz że jutro ( w środę ) wyjeżdżam ?! Jeśli nie, to trudno i po prostu się nie doczekam, aż się dowiem, jaki to pomysł, albo jesteś okrutna i specjalnie to robisz !
    Myślę jednak, że to to pierwsze. Rozdział ciekawy, a z Louisa nie mogę. Jak można pojechać do obcej dziewczyny tylko po to, by ją przytulić i powiedzieć o marchewkach ???
    hahaha. No nic, papa <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy rozdział pojawi się przed twoim wyjazdem, bo po prostu następny pisze Karlee. ;)
      A Louis... to Louis :) Tylko on mógłby zrobić coś takiego ;)
      O pomyśle będzie w następnym rozdziale ;)

      Usuń
  3. Genialny < 3
    Tylko Louis mógł wpaść na taki pomysł ; )
    Do następnego ; *

    OdpowiedzUsuń
  4. Jebne zaraz ze śmiechu xd.

    W sumie wyszło jak wyszło , bo Hmm.. nie miałam pomysłu na to a Amy i tam mi pomogła i.. i.. wyszedł pomysł z marchewkami <3

    ;D

    OdpowiedzUsuń